Jako, że koncepcją naszego webowego zina jest pisanie od serca i bez ściemniania, muszę się przyznać, że na koncert Versailles poszedłem z dziennikarskiego obowiązku i trochę z sentymentu do twórczości KAMIJO sprzed dekady. Karierę tej formacji obserwowałem od momenty jej powstania, ale z biegiem czasu mój entuzjazm do tej kapeli przygasał. Sam nie wiem dlaczego. Może to przesyt sceną visual kei, a może kwestia słabych klawiszy i kiepskiego brzmienia...? Obawiałem się słabej frekwencji, ale okazało się, że załoga ta ma całkiem sporą grupę sympatyków w naszym kraju.
 |
| Fot. Norman Lenda |
Set rozpoczął się od kiczowato brzmiących stringsów, przy dźwiękach którego i towarzyszącym aplauzie publiczności na scenie kolejno pojawiali się muzycy: YUKI, MASASHI, TERU, HIZAKI i KAMIJO, po czym nastąpiło uderzenie - MASQUERADE. Ściana dźwięku, która wymieszana z piskiem przeważającej żeńskiej publiczności zwaliła mnie z nóg! Dosłownie. Kiedy pisk ucichł można było usłyszeć ostre i ciężkie gitary w towarzystwie sprawnej sekcji rytmicznej, w której uwagę zwracała niezbyt mocno ztriggerowana perkusja. Podniesiony kciuk Juna w moim kierunku mówił wszystko. Jest dobrze. A nawet lepiej. Dlatego mogłem spokojnie delektować się płynącymi ze sceny dźwiękami i scenicznym show przygotowanym przez muzyków. I tu kolejna niespodzianka. Spodziewałem się sztywnego visualowego pozowania i pajacowania połączonego z fanservice'm, a okazało się, że fanservice ograniczył się do subtelnych objęć HIZAKIEGO przez KAMIJO, za to frontman postawił na interakcję z publicznością. Audytorium było przygotowane. W części stłoczonej niczym sardynki w sosie własnym widniały podniesione do góry ręce, w których trzymane były czerwone róże. Początkowo jednak odniosłem wrażenie, że ludzie nie bardzo wiedzieli czego się spodziewać ze strony muzyków. KAMIJO rak po raz pocił się i wymachiwał rękoma w akcie desperacji, aby ktoś z tłumu w końcu podrzucił mu jakieś róże (te białe z żaróweczką do nabycia po cztery dychy, którymi dysponował zespół musiały być zbyt kosztowne także dla muzyków ;)). Z upływem czasu jednak wszystko nabierało właściwej formy. Można było zaobserwować żywiołowe reakcje na okrzyki wokalisty w języku zarówno japońskim, jak i angielskim, czy nawet polskim (chłopak odrobił zadanie domowe). Chciałem jeszcze wspomnieć o zabawie z podziałem na płeć ("Boys!... Girls!").