Po co stać przed klubem w jednej z dwóch niekończących się kolejek, skoro można usiąść na trawce i wychylić kilka piwek w towarzystwie dawno nie widzianych znajomych?
Z tego założenia wyszła cała nasza paczka, która licznie stawiła się na koncert Dir en grey w krakowskim Klub Studio. Jeszcze tylko kibelek przed wejściem do klubu i możemy wchodzić.
- Jasna dupa, ale duszno - pomyślałem po wejściu do klubu. Będzie ciężko, ale damy radę. Sporo ludzi się zjawiło, może nawet więcej niż tysiąc narodu...
Pierwsze kroki skierowały mnie do stoiska z koszulkami. Każdy t-shirt miał swoją nazwę, jednak tak naprawdę tylko jedna mi się podobała. Radość była tym większa, że to właśnie mój upatrzony model jako jedyny miał moją rozmiarówkę.
Wchodzimy na salę. Tłum już się kotłował pod sceną.
Z racji tego, że nie wziąłem okularów na koncert w obawie przed ich kondycją po imprezie, postanowiłem iść w tłum. Taki plan był od początku, aby się władować w największy ścisk, rozkręcić tam momentami niemrawą polską publikę. Jak się później okazało, moje obawy okazały się niepotrzebne. Na dobry początek postanowiłem pobudzić tłum do skandowania nazwy zespołu. Na szczęście

nie trzeba było długo czekać na odzew rozentuzjazmowanego tłumu, który szybko podchwycił ten pomysł. Najlepszym tego efektem były dźwięki fortepianu dobiegające z głośników, co zwiastowało nowe intro zespołu.
Każdy z członków Dir en grey był osobno witany przez krzyk stęsknionych za zespołem fanów. Mimo, że wychodzili w ciemnościach i tak cieżko było nie rozpoznać każdego z muzyków. Shinya, Die, Toshiya i Kaoru już czekali na swoich stanowiskach, ponieważ kiedy na scenie pojawił się Kyo, wiadomym było, że zaraz przywalą czymś mocnym.
Ostre wejście po garach i brutalny riff nie pozostawiły wątpliwości. Refren do HAGESHISA TO, KONO MUNE NO NAKA DE..., już pierwszą piosenkę, śpiewali wszyscy fani. Tym bardziej, że wokalista zachęcał do jak najgłośniejszego krzyczenia, drażniąc się z publiką poprzez pokazywanie, że jest za cicho. Drugie podejście do refrenu już mogło zaskoczyć Kyo, ponieważ połączony krzyk z gardeł fanów zagłuszył nawet potężne nagłośnienie klubu. Korzystając z zamieszania postanowiłem przeciskać się jak najbliżej. Już pod koniec piosenki byłem w 6 rzędzie, skąd doskonale widziałem krzykacza Dir en grey ubranego w czerwony dres. Dobrze, że znalazło się parę osób, które pomogły w rozkręceniu tłumu, bo przy OBSCURE jakby tempo nieco opadło. Przy zmianie tempa na szybsze już było lepiej.